barcelona

W pustyni i w puszczy, rozdział 38, str. 2

253 Ale do ostatecznego zwycięstwa było jeszcze daleko. Tymczasem przedzierali się przez gaj akacyj. Długie kolce tych drzew czyniły nawet na skórze Kinga białawe rysy. Wreszcie gaj zrzedniał, a poprzez gałęzie rozrzuconych drzew widać było dalej zieloną dżunglę. Staś, mimo że upał dawał się już mocno we znaki, wysunął się z palankinu
reklama sms i usadowił się na karku słonia, by obaczyć, czy na widnokręgu nie ma jakich stad antylop lub zebr, postanowił bowiem odnowić zapas mięsa.
Jakoż po prawej stronie dojrzał stadko arielów, złożone z kilku
sztuk, a wśród nich dwa strusie, lecz gdy minęli ostatnią kępę drzew i
słoń zwrócił się na lewo, inny widok uderzył oczy chłopca: oto w
odległości pół kilometra spostrzegł obszerny łan manioku, a na skraju
łanu kilkanaście czarnych postaci, zajętych widocznie robotą w polu. – Murzyni!– zawołał zwracając się do Nel.
I serce poczęło mu bić niespokojnie. Przez chwilę zawahał się,
czy nie zawrócić i nie skryć się na powrót w akacjach, lecz przyszło
mu na myśl, że w zaludnionym kraju trzeba będzie jednak prędzej
czy później spotkać się z mieszkańcami i wejść z nimi w stosunki i że
od tego, jak się te stosunki ułożą, zależeć może los całej podróży,
więc po krótkim namyśle skierował słonia ku polu. W tej samej chwili zbliżył się Kali i ukazując ręką na kępę drzew rzekł: – Panie wielki, oto tam wieś murzyńska, a tu kobiety pracują przy manioku. Czy mam podjechać ku nim? – Podjedziemy razem – odpowiedział Staś – i wówczas powiesz im, że przybywamy jako przyjaciele. – Wiem, panie, co im powiedzieć – zawołał z wielką pewnością siebie młody Murzyn.
I zwróciwszy konia ku pracującym, złożył dłonie koło ust i jął
krzyczeć:
– Yambo, he! yambo sana!
Na ten głos zajęte okopywaniem manioku kobiety zerwały się i
stanęły jak wryte, ale trwało to tylko jedno mgnienie oka, następnie
bowiem porzuciwszy w popłochu motyki i kobiałki, poczęły z
wrzaskiem uciekać ku owym drzewom, wśród których kryła się wieś. Mali podróżnicy zbliżali się wolno i spokojnie. W gęstwinie rozległo się wycie kilkuset głosów, po czym zapadła cisza. Przerwał ją wreszcie głuchy, ale donośny huk bębna, który nie ustawał już później ani na chwilę.– Yambo, he! yambo sana!
Na ten głos zajęte okopywaniem manioku kobiety zerwały się i
stanęły jak wryte, ale trwało to tylko jedno mgnienie oka, następnie
bowiem porzuciwszy w popłochu motyki i kobiałki, poczęły z
wrzaskiem uciekać ku owym drzewom, wśród których kryła się wieś. Mali podróżnicy zbliżali się wolno i spokojnie. W gęstwinie rozległo się wycie kilkuset głosów, po czym zapadła cisza. Przerwał ją wreszcie głuchy, ale donośny huk bębna, który nie ustawał już później ani na chwilę.
W pustyni i w puszczy, rozdział 38, str. 2 fragment 20

2008-10-24 10:20:54