barcelona

W pustyni i w puszczy, rozdział 37, str. 5

250 Staś liczył po prostu na to, że jeśli trafią na lud Wa-himów, to wyćwiczy kilkudziesięciu wojowników w strzelaniu, a następnie skłoni ich wielkimi obietnicami, by towarzyszyli mu aż do oceanu. Ale Kali nie miał żadnego pojęcia o tym, gdzie mieszkają Wa-hima, a Linde, który coś o nich słyszał, nie mógł również ani wskazać drogi do nich, ani oznaczyć dokładnie miejscowości przez nich zajętej. Linde wspominał o jakimś wielkim jeziorze, o którym wiedział tylko z opowiadań, a Kali twierdził na pewno, że z jednej strony tego jeziora, które nazywał Bassa-Narok, mieszkają Wa-hima, z drugiej Samburu. Otóż Stasia trapiło to, że w geografii Afryki, której w szkole w Port-Saidzie uczono bardzo dokładnie, nie było o takim jeziorze żadnej wzmianki. Gdyby mówił mu o nim tylko Kali,
przypuszczałby, że to jest Wiktoria-Nianza, ale nie mógł mylić się w
ten sposób Linde, który szedł właśnie od Wiktorii na północ wzdłuż
gór Karamojo i z wieści zasięgniętych od mieszkańców tychże gór
doszedł do wniosku, że to tajemnicze jezioro leży dalej na wschód i
północ. Staś nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć, a natomiast
obawiał się, że może na jezioro i Wa-himów całkiem nie trafić;
obawiał się także dzikich szczepów, bezwodnych dżungli,
nieprzebytych gór, muchy tse–tse, która zabija zwierzęta; bał się
śpiączki, febry dla Nel, upałów i tych niezmiernych przestrzeni, które
dzieliły ich jeszcze od oceanu. Lecz po opuszczeniu
reklama sms Góry Lindego nie pozostawało nic innego jak iść naprzód, ciągle na wschód i na wschód.
Linde mówił
wprawdzie, że jest to podróż nad siły nawet doświadczonego i
energicznego podróżnika, ale Staś zdobył już dużo doświadczenia, a
co do energii, to ponieważ szło o Nel, postanowił wydobyć z siebie
tyle zaradności, ile będzie potrzeba. Tymczasem chodziło o
oszczędzanie sił dziewczynki, więc postanowił podróżować tylko od
szóstej rano do dziesiątej przed południem, a drugi etap od trzeciej do
szóstej wieczorem, to jest do zachodu słońca, czynić tylko wówczas,
gdyby na miejscu pierwszego postoju nie było wody. Ale tymczasem, ponieważ deszcze padały w czasie massiki bardzo obficie, wodę znajdowali wszędzie. Jeziorka utworzone przez
ulewy w dolinach były jeszcze dobrze napełnione, a z gór spływały tu
i ówdzie strumienie toczące kryształową i chłodną wodę, w której
kąpiel była wyborna, a zarazem zupełnie bezpieczna, albowiem
krokodyle mieszkają tylko w większych wodach, w których nie brak
ryb stanowiących ich zwykłe pożywienie. Staś jednak nie pozwalał pić dziewczynce surowej wody, jakkolwiek odziedziczył po Lindem doskonały filtr, którego działanie napełniało zawsze zdumieniem Kalego i Meę. Oboje widząc. że filtr zanurzony w mętną białawą wodę przepuszcza do zbiornika tylko czystą i przezroczą, pokładali się ze śmiechu i bili się dłońmi po kolanach na znak podziwu i radości. W ogóle podróż z początku szła łatwo. Mieli po Lindem spore zapasy kawy, herbaty, cukru, bulionu, różnych konserw i wszelkiego rodzaju lekarstw. Staś nie potrzebował oszczędzać ładunków, było ich bowiem więcej, niż mogli zabrać; nie brakło również rozmaitych narzędzi, broni wszelkiego kalibru i rac, które przy zetknięciu się z Murzynami mogły się bardzo przydać. Kraj był żyzny; zwierzyny, a więc świeżego mięsa, wszędzie obftość. Owoców również. Tu i ówdzie w nizinach trafiały się błota, ale pokryte jeszcze wodą, a zatem nie zarażające powietrza szkodliwymi wyziewami.
W pustyni i w puszczy, rozdział 37, str. 5 fragment 20

2008-10-24 10:20:32