barcelona

W pustyni i w puszczy, rozdział 33, str. 6

Staś chciał go koniecznie opatrywać i oświadczył, że albo będzie przyjeżdżał codziennie, albo by nie zostawiać Nel tylko pod opieką
reklama sms dwojga czarnych, przewiezie go między końmi na rozpiętych wojłokach na cypel, do „Krakowa”. Linde zgodził się na pomoc w opatrunkach, ale nie zgodził się na przewiezienie. – Ja wiem – mówił wskazując na swoich Murzynów – że ci ludzie muszą pomrzeć, ale póki nie pomrą, nie mogę ich skazać na rozszarpanie żywcem przez hieny, które nocami ogień tylko trzyma w oddaleniu. I począł powtarzać gorączkowo: – Nie mogę, nie mogę, nie mogę! Lecz uspokoił się zaraz i mówił dalej jakimś dziwnie wzruszonym głosem: – Przyjdź tu jutro rano. Ja mam do ciebie prośbę, którą jeśli spełnisz, to może Bóg wyprowadzi was z tych afrykańskich czeluści, a mnie da śmierć lekką. Chciałem tę prośbę odłożyć do jutra, a1e
ponieważ jutro mogę już być nieprzytomny, więc wypowiem ją dziś:
weź wody w jakie naczynie, zatrzymaj się przed każdym z tych
śpiących biedaków, pryśnij na niego wodą i powiedz te słowa: „Ja
ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha!.” Tu wzruszenie zatamowało mu głos i umilkł.
– Wyrzucam sobie – mówił po chwili – żem się nie żegnał tak z tymi, którzy umierali na ospę, i z tymi, którzy posnęli poprzednio. Lecz teraz śmierć stoi nade mną. i chciałbym. choć z tą resztą mojej karawany pójść razem w tę ostatnią wielką podróż. To rzekłszy wskazał ręką na rozpłomienione nieba – i dwie łzy spłynęły mu z wolna po policzkach. Staś płakał jak bóbr.

2008-10-23 09:19:14